Ptak który nosił imiona

Ptak który nosił imiona
ptak który nosił imiona

Dawno, dawno temu, w nie tak odległym, całkiem nowym Wszechświecie, gdzie Czarny Kartograf, nieświadomy jeszcze własnej przyszłości, spał smacznie w łóżeczku utkanym z gazowych olbrzymów, żył pewien ptak.

Latał po kosmosie, zbierając imiona, te zgubione przez żywych oraz te osierocone przez tych, którzy zakończyli już swoje istnienie. Bowiem kiedy imię zostawało bez właściciela, jeszcze przez chwilę tliło się w próżni, po czym gasło i nic po nim nie zostawało.

Ptak zaś chwytał je w dziób, zanim zdążyły bezpowrotnie zniknąć, i przechowywał je wszystkie w sobie. Nie chciał bowiem, aby przepadły. Imię było tym, co czyniło istotę jedyną w swoim rodzaju i rozpoczynało bieg jej historii.

Na początku swojej drogi był lekki niczym sama Pustka. Z każdym pochwyconym imieniem stawał się jednak coraz cięższy. Imiona nie były tylko dźwiękiem, niosły w sobie całe życia, radości i smutki, zwycięstwa i porażki, miłość oraz strach przed odrzuceniem.

Z każdym pochwyconym imieniem skrzydła coraz bardziej mu ciążyły. On jednak zdawał się tego nie dostrzegać, ale nie unosił się już tak wysoko jak dawniej. A kiedy to, przez nierozwagę, spróbował przelecieć nad horyzontem zdarzeń, zgromadzony ciężar Imion strącił go w dół. Spadł na osobliwość i nie zdołał już wzlecieć do swoich ukochanych gwiazd, ani do historii imion, których nie będzie w stanie uratować.

Zapłakał ciężkimi łzami, a ludzie i gwiazdy zapomnieli o Ptaku, który nosił imiona. I odtąd, kiedy ktoś gubił imię lub odchodził bez niego, gasło ono bezpowrotnie wraz z jego historią.


Miliony lat później, gdy galaktyki obrały już swoje kierunki i ruszyły w nieznane, pewien chłopiec podczas jednej ze swoich wypraw rozbił się na bardzo starej osobliwości. Westchnął głęboko i wciągnął na siebie, wysłużony kombinezon antygrawitacyjny, i wyszedł ze statku ocenić szkody.

- Eh… A już miałem nadzieję, że skondensowana gwiazda to będzie dobry napęd. Kart znowu będzie miał ze mnie niezły ubaw. No nic… trzydziesty drugi projekt do kosza.

Wtem czujniki na kombinezonie zamrugały gwałtownie.

- No proszę, proszę, chyba jednak mam dziś trochę szczęścia. Bo ewidentnie ktoś, albo coś tutaj jednak jest.

Ruszył w stronę, którą wskazywały sensory. Po krótkiej wędrówce w kompletnej ciemności, rozświetlanej jedynie bladym antyświatłem latarki, dotarł do czegoś ogromnego. Zbyt żywego, by uznać to za kamień, i zbyt nieruchomego, by uznać to za zwykłe zwierzę.

- Hej! Czujniki pokazują, że twoje funkcje życiowe są w normie, ale z czystej grzeczności zapytam. Żyjesz? I co najważniejsze czy wiesz może jak się stąd szybko wydostać? Bo naprawdę nie mam ochoty spędzić wieków w czarnej dziurze. Co prawda mógłbym wysłać wiadomość do Karta, ale bardzo nie chcę tego robić, bo znowu miałby niezły ubaw, że kolejny raz mi nie wyszło. A ja mam ambicję, żeby chociaż raz nie być czyjąś anegdotą.

Wielkie oko istoty otworzyło się powoli.

- Witaj chłopcze, czy rodzice nie nauczyli cię, że najpierw wypada się przedstawić? A dopiero później wygłaszać przemówienia? - Głos był suchy, jakby ostrożnie oszczędzał każde słowo.

- I dla twojej wiadomości, stąd nie ma ucieczki.

- Cóż, rodzice nie mieli chyba czasu, ani ochoty żeby nadać mi imię. Poza tym, pewnie nawet nie uznali tego za konieczne. - Odparł.

-Więc chcesz mi powiedzieć że mam towarzystwo i wyrok w pakiecie. - Chłopiec przekręcił latarkę jakby chciał doświetlić ironię

- To teraz twoje imię.

- Jestem Ptak.

- Ale wiesz że to nie imię, prawda? To etykieta. „Ptak”, „kamień”, „problem”. Wszystko jest w tej samej szufladzie.

Wielkie oko zabłysło chłodno, jakby właśnie poczuło się urażone.

- Dobrze, niech będzie, również nie mam imienia. Dlatego nikt o mnie nie pamięta. Ale za to ja pamiętam. Każde imię, które kiedykolwiek pochwyciłem, i dlatego ich historie nie znikną.

- Ach. - Chłopiec uśmiechnął się szeroko, aż za szeroko.

- Czyli nie jesteś ptakiem. Jesteś sejfem. I mogę założyć się, że jesteś jeszcze dumny z tego powodu.

- Jestem konieczny.

- Jasne. Wszystko co nieprzyjemne, jest „konieczne”. Znam to. - Chłopiec zrobił krok bliżej.

- Dobra panie Wielki Sejfie, powiedz mi czy jest może tutaj ktoś jeszcze? Może ktoś bardziej gościnny?

Ptak prychnął.

- Nie ma nikogo, nikt kto tu trafił długo nie pożył. Więc nie czuj się wyjątkowy.

- Uff. Kamień z serca. Wiesz, bycie wyjątkowym brzmi jak obowiązek, a to coś, co definitywnie nie jest dla mnie.

Ptak, jakby wbrew sobie, zaczął wyliczać. Nie patetycznie, tylko jak ktoś, kto zna cmentarzysko na pamięć.

- Jeden chciał rozerwać osobliwość od środka. Umarł, zanim przestał gadać o obliczeniach. Drugi uznał, że to tylko iluzja i wystarczy „zignorować grawitację”. Jednak grawitacja nie zignorowała jego. Trzeci stwierdził, że to ja jestem problemem, bo to nielogiczne, żebym tak długo żył. Logikę miał niezłą, za to życie krótkie.

- Zginęli?

- Wszyscy.

- A ich imiona?

- Zostały. - Osparł Ptak. - I dlatego je też złapałem, żeby ich próby nie poszły na marne.

- Dla kogo zostały? - Chłopiec zapytał łagodnie, ale dla Ptaka zabrzmiało to jak policzek.

Ptak milczał trochę zbyt długo, zastanawiając się nad odpowiedzią.

- Dla Wszechświata.

- Wszechświat? On nie ma w zwyczaju dziękować. - Chłopiec wzruszył ramionami. - A oni… oni już niczego nie potrzebują. Próbowali. Przeżyli swoje. Koniec. Jeśli ktokolwiek teraz coś niesie to tylko ty. I to ty od tego pękasz.

-Uważaj.

- Zobacz, ja nie mam imienia, i mam luz. - Chłopiec mrugnął. - Ty za to masz tysiące i zero luzu.

Ptak syknął.

- Jeśli je puszczę, znikną.

- Albo po prostu przestaną należeć do ciebie, i znajdą swoją drogę - Chłopiec oparł się o coś, czego nie dało się dotknąć, i wyglądał jakby czuł się tu zaskakująco swobodnie.

- Powiedz mi lepiej, kiedy byłeś lekki?

Oko ptaka zwęziło się.

- Dawno.

- „Dawno” to nie odpowiedź. „Dawno” to wymówka.

- Od kiedy zacząłem robić to, co trzeba.

- Czyli od kiedy zacząłeś łapać imiona? Bez wyboru? Bez końca? - Chłopiec skinął głową, jakby właśnie wygrał zakład. - Widzisz? Nie muszę nawet znać twojej historii. Ona sama krzyczy.

Ptak warknął, a w tym dźwięku było coś więcej niż złość.

- Imiona nie mają praw. Imiona mają trwać albo gasnąć. A ja wybieram trwanie.

- Ty wybierasz bycie trumną. - Chłopiec powiedział to spokojnie, z tą irytującą pewnością, jakby omawiał oczywistość. - I wmawiasz sobie że to honor.

Ptak syknął ostrzej.

- Nie masz imienia, a mi mówisz o honorze.

- Bo honor to też etykieta. - Chłopiec uśmiechnął się. - Słuchaj. Skoro tak się boisz wypuścić imiona bo mogą zniknąć, to zróbmy tak. Ja sprawię że one nie znikną, nie zostaną w tobie, ani we mnie. Zostaną we Wszechświecie. A ty przestaniesz udawać, że trzymanie ich w sobie jest jedyną formą pamięci.

Ptak wydał z siebie dźwięk, który mógł być śmiechem, ale brzmiał jak zgrzyt.

- Obiecujesz coś, czego nawet nie rozumiesz. I miałbym zaufać komuś takiemu?

- Oczywiście. - Chłopiec rozłożył ręce. - Gdybym rozumiał, byłbym nudny. A poza tym… zaufanie nie jest wymagane. Wymagana jest odwaga a tej mam nadzieję ci nie brakuje.

Ptak zamilkł W ciszy dało się prawie usłyszeć ciężar.

- Jesteś nieznośny.

- Wiem. To mój jedyny stały talent.

Ptak syknął, jakby podjęta decyzja go obrażała.

- Dobrze. Spróbujmy.

Chłopiec uniósł brwi.

- O proszę. Powiedziałeś „dobrze”. Czyli jednak umiesz.

- Nie powiedziałem że ci wierzę. - Odciął się Ptak - Powiedziałem, że mam dość.

Chłopiec przez chwilę patrzył na niego uważniej, poważniej - jakby właśnie dotknął czegoś prawdziwego. I wtedy zrobił coś, co wyglądało na bezczelnie prosty gest: z kieszeni kombinezonu wyjął małą czarną kulkę i ścisnął ją w dłoni, jakby wyciskał z niej decyzję.

- Co to? - warknął Ptak.

- Kotwica dla opowieści. - chłopiec uśmiechnął się krzywo. - Skoro mają zostać, to zostawię im ślad. Żeby Wszechświat nie mógł później udawać, że nic się nie wydarzyło.

Ptak przez moment wyglądał, jakby chciał ugryźć go za to zdanie. Zamiast tego otworzył dziób.

A gdy to zrobił, chłopiec ścisnął kulkę mocniej. Z jej czerni nie wyskoczyło światło - tylko cień światła, krótka, zimna smuga, jak podpis składany na niewidzialnym papierze.

Imiona uleciały.

Nie uroczyście. Nie ceremonialnie. Bez podziękowań i bez pożegnań, jak stado, które przez eony trzymano w jednej klatce, a teraz otwarto drzwiczki.

Przez ułamek chwili nie wydarzyło się nic.

A potem ciężar zniknął, jakby ktoś przeciął niewidzialny łańcuch.

Ptak znów poczuł się lekki, pierwszy raz od czasu, którego nie chciał nazywać. I w tej lekkości było coś obcego: nie ulga, tylko nagłe pytanie „Kim jestem?”.

Chłopiec spojrzał na niego i, jakby od niechcenia, dobił gwóźdź:

- Widzisz? Wcześniej byłeś obowiązkiem. Teraz możesz być wreszcie sobą. Tylko nie mów, że to nie brzmi jak wolność, bo zrobi mi się przykro.

Ptak prychnął.

- Skoro już masz tyle do powiedzenia o imionach… - jego głos był kąśliwy, ale mniej pewny niż wcześniej. - Nadaj mi je.

Chłopiec zamyślił się przesadnie, jak aktor, który wie, że ma publiczność.

- Marudadus… nie. Nudzifix… też nie. - Uśmiechnął się krzywo widząc minę Ptaka. - Żartuję spokojnie. Kart opowiadał mi kiedyś o pewnej galaktyce… Biko. Skoro to taka magiczna chwila, nadaję ci imię: Biko’spell.

Ptak powtórzył imię cicho, jakby sprawdzał jego ciężar. I wtedy, pierwszy raz od eonów, brzmiał nie jak sejf, tylko jak ktoś, komu coś się zaczyna.

- A ty? - Ptak spojrzał na niego ostrzej. - Bez imienia daleko nie dotrzesz. Nawet jeśli udajesz, że ci to pasuje.

- Wszystko zależy od tego, dokąd się wybieram.

- Dokądkolwiek - odparł Ptak. - Pozwól że teraz ja w podzięce nadam ci imię.

Chłopiec wzruszył ramionami.

- Skoro nalegasz.

Ptak zawahał się ułamek sekundy - i właśnie ten ułamek zdradzał, że to nie był kaprys, tylko wybór.

- Frost.

Chłopiec parsknął śmiechem.

- Zimne, uparte i trudne do ruszenia. Idealne dla kogoś, kto nie potrafi przestać, nawet kiedy powinien. Tak… zdecydowanie pasuje.

Odbezpieczył hełm, podniósł osłonę i przeciągnął palcami po białych włosach z jednym niesfornym zielonym pasemkiem, jakby chciał udowodnić, że nawet w czarnej dziurze można wyglądać na zadowolonego z siebie.

- To teraz - powiedział - lecimy? Chętnie odwiedzę z tobą galaktykę od której wziąłem imię dla ciebie. A zanim polecimy, wyślę tylko wiadomość do Karta, żeby zdążył się przygotować na zazdrość.

Wyciągnął z kieszeni małą szarą kulkę, ścisnął ją i zaczął mówić:

- Kart. Tak, to ja. Tak, znowu rozbiłem statek. Tak, nadal żyję. I wiesz co? Mam imię. Frost. Nie pytaj. Długa historia. Spotkałem ptaka, który nosił imiona, i właśnie przestał je nosić. Jeśli chcesz, możesz przylecieć po wrak. Ja przez jakiś czas nie będę dostępny. Zajmuję się tym, co ważne: udowadniam Wszechświatowi, że ma zły gust do tragedii. Koniec.

Kulka poleciała w ciemność, ignorując grawitację.

Frost dosiadł Ptaka. Biko’spell wzbił się ku gwiazdom, już nie jako strażnik cudzych historii, lecz jako ktoś, komu właśnie zaczęła się własna.

A imiona, zamiast zgasnąć, zostały. Krążyły daleko od Osobliwości, w zimnych prądach przestrzeni, cierpliwie czekając, aż ktoś je znajdzie i nada im kolejne losy i historie.