O tym, który szukał Ostatniego Imienia
W dawnych czasach i zapomnianych legendach mówiono, że każde imię, które kiedykolwiek istniało, nosiło w sobie ślad pierwszej istoty, która je wypowiedziała. Nie jak wspomnienie, bo wspomnienia są zawodne i ulotne, lecz jak odcisk pozostawiony w samej tkance rzeczywistości.
Imię nie było przecież tylko dźwiękiem. Było znakiem, ciężarem i losem, który od chwili nadania zaczynał układać świat wokół swego posiadacza.
W tamtych czasach, w ciemne noce, straszono niegrzeczne dzieci opowieścią o Gwiezdnym Porywaczu, który wykradał imiona tym, którzy nosili je zbyt lekko albo nie pilnowali ich dostatecznie dobrze. Wierzono, że imię utracone przepada razem z historią tego, kto je nosił.
Nie była to prawda.
Imiona nie znikały tak łatwo. Mogły blaknąć, mogły przechodzić z jednej istoty na drugą, mogły obrastać cudzą pamięcią, cudzymi błędami i cudzym pragnieniem. Z czasem ludzie zapomnieli, czym naprawdę były, a stare opowieści skarlały do roli straszaków dla dzieci.
O jednej legendzie jednak nie zapomniano.
Krążyła po galaktykach opowieść o Ostatnim Imieniu. Nie ostatnim w sensie kolejności, lecz ostatnim w sensie ostateczności. Imieniu, które nigdy nie zostało nadane. Nigdy nie zostało obciążone żadną historią. Czystym tak bardzo, że aż nienaturalnym.
Niektórzy twierdzili, że ten, kto je odnajdzie, pozna odpowiedź na każde pytanie. Inni, że stanie się kimś więcej niż istotą rozumną i będzie w stanie nadać wszystkiemu nowy początek, wolny od ciężarów dawnych dziejów. Jeszcze inni, bardziej trzeźwi albo po prostu bardziej zgorzkniali, powtarzali, że jeśli coś jest aż tak czyste, nie powinno trafić w niczyje ręce.
Tych jednak nikt nie słuchał.
Jak zwykle łatwiej było marzyć o potędze, niż zastanowić się, co ona zrobi z tym, kto ją posiądzie.
Na jednej z planet krążących wokół dwóch masywnych gwiazd powstał zakon, którego jedynym celem było odnalezienie właśnie tego Imienia.
Planeta ta była zimna, lecz jeszcze nie martwa. Na równinach zalegały pola szronu i ciemnego kamienia, a między nimi otwierały się szczeliny, przez które ku powierzchni przebijało się ciepło wnętrza. Niebo nie było czarne, lecz blade, rozciągnięte między dwoma światłami: jednym stałym i ostrym, drugim jaśniejszym, lecz bardziej zmiennym.
W tamtych czasach droga była widoczna.
Nie prowadziły nią ani lampy, ani drogowskazy. Każdy, kto chciał wstąpić do zakonu, musiał najpierw odnaleźć u podnóża Gór Drugiego Cienia kamień nasycony minerałami, które chłonęły światło odległych gwiazd i oddawały je z powrotem żółtozielonym blaskiem. Na tym kamieniu kandydat wypalał własne imię i niósł go ze sobą aż do końca ścieżki. Tam dokładał go do pozostałych.
Tak właśnie zbudowano drogę do świątyni: z imion tych, którzy postanowili się ich wyrzec.
Gdy oba światła ustawiały się pod właściwym kątem, ścieżka zapalała się sama. Najpierw ledwie widoczną linią na horyzoncie, potem coraz wyraźniej, aż stawała się jarzącym pasmem przecinającym lodowe pustkowia. Nie świeciła jednak wszędzie naraz. Odsłaniała się etapami, jakby prowadziła tylko tych, którzy umieli patrzeć cierpliwie.
Świątynia leżała tam, gdzie lód ustępował głębi. W miejscu, gdzie skała była ciężka od pierwiastków pamiętających energię obu gwiazd, a ciepło planety przebijało się ku powierzchni. Wejście nie było ukryte. Było po prostu niewidoczne dla tych, którzy nie byli wystarczająco cierpliwi. Dopiero gdy droga rozbłyskała w pełni, światło prowadziło w dół, ku szczelinie przypominającej pęknięcie zrobione ze światła.
Bracia zakonu wierzyli, że Ostatnie Imię można odnaleźć jedynie wtedy, gdy samemu przestanie się być kimkolwiek. Im mniej pozostawało z istoty, tym bliżej miała być tajemnicy. Pustka, jak twierdzili, przyciągała to, co nigdy nie zostało zapisane. Doskonale puste naczynie miało stać się godne doskonale czystego Imienia.
Tak przynajmniej twierdzili.
Po niezliczonych obrotach planety wokół bliźniaczych gwiazd, w chwili, gdy oba światła zdawały się bardziej osądzać niż oświetlać, u początku drogi zjawił się człowiek.
Nie był królem, biedakiem ani szaleńcem, choć z perspektywy czasu można by się spierać o to ostatnie. Nie niósł ze sobą relikwii ani przepowiedni. Nie przywiodła go tu również wielka tragedia.
Jak wielu przed nim, zauroczył się potęgą, którą obiecywały opowieści o Ostatnim Imieniu. Nie chciał nazwać siebie wybrańcem. To byłoby zbyt proste, a ludzie rzadko lubią widzieć własną pychę bez ozdób. Powtarzał więc, że jeśli odnajdzie Imię, użyje go, by uczynić znany sobie świat lepszym.
Być może nawet w to wierzył.
Z torby przewieszonej przez ramię wyciągnął ciężki kamień, który zaczął jarzyć się zielonożółtym blaskiem, gdy padło na niego światło odległych gwiazd. Z przyzwyczajenia spojrzał jeszcze na urządzenie przypięte do pasa. Pole antyradiacyjne działało poprawnie.
Dopiero wtedy wyciągnął ręczny laser i wypalił na kamieniu własne imię. Położył go obok ostatniego kamienia w drodze, na którym wciąż dało się odczytać dawno starte litery, a potem ruszył ku świątyni, nie oglądając się za siebie.
Początkowo wierzył, że zdoła to zrobić szybciej niż inni. W końcu każdy, kto przychodzi po rzeczy ostateczne, myśli, że jest wyjątkowy. Wydawało mu się, że wystarczy cierpliwość, dyscyplina i odpowiednio długo trwające milczenie.
Z czasem lata stały się dziesięcioleciami, dziesięciolecia wiekami, a wieki czymś tak rozciągniętym, że samo liczenie straciło sens.
Siedział więc pośród ciszy i kamieni.
Najpierw pamiętał jeszcze twarze. Potem już tylko głosy. Później nawet głosy rozpłynęły się w bezkształtnym poczuciu dawnego istnienia. Myśli stawały się coraz słabsze, rzadsze i bledsze, a wspomnienia kruszyły się jak stare kości. Pragnienia cichły. Ambicja powoli obumierała. Nawet strach w końcu zniknął.
Ale jednak coś nie zniknęło.
Nie było to pragnienie wiedzy, bo to dawno już się wypaliło. Nie była to nadzieja, gdyż ona, wbrew powiedzeniom, wcale nie umiera ostatnia. Nie był to nawet upór w czystej postaci.
Było to zniecierpliwienie.
Na początku małe, niepozorne, niemal śmieszne na tle milionów lat milczenia, a jednak trwalsze niż wszystko inne. Przyczepiło się do niego jak pasożyt. Narastało powoli i nieubłaganie, aż w końcu przestało być tylko drobną rysą, a stało się jedyną rzeczą, która w nim została.
W międzyczasie zakon obumierał. Mnisi odchodzili albo po prostu umierali. Na gwiezdną ścieżkę nie przychodził już nikt nowy. Korytarze pustoszały. Posągi pękały. Jedna z dwóch gwiazd zaczęła świecić inaczej, czerwieniej, a na planecie robiło się chłodniej i ciemniej niż dawniej.
Droga do świątyni, niegdyś doskonale widoczna, wyblakła. W niektórych miejscach brakowało kamieni zabranych przez tych, którzy chociaż tyle chcieli ocalić ze swojego dawnego życia.
W końcu nie było już nikogo, kto pilnowałby ciszy.
A jednak cisza trwała dalej.
Po czasie, którego nie umiałby już nazwać żaden kalendarz, człowiek poruszył się lekko i otworzył oczy. Po raz pierwszy od chwili, w której postanowił przestać być sobą.
Podniósł się z kamiennej posadzki, a stawy odpowiedziały mu suchym trzaskiem, jakby samo ciało było zdziwione, że jeszcze istnieje. Wnętrze świątyni stało martwe i puste, rozświetlane jedynie bladą poświatą urządzenia antyradiacyjnego. W szczelinach podłogi zebrał się pył dawnych wieków, a z nadpękniętych ścian odpadały resztki wyblakłych inskrypcji.
Przeszedł do głównej nawy, gdzie niegdyś medytował Wielki Mistrz, pierwszy, który odnalazł tę planetę i kazał wznieść świątynię. Teraz jego miejsce było puste.
Dopiero wtedy zrozumiał, że został sam.
Przeszedł kilka kroków i dostrzegł na jednej ze ścian gęste rzędy nacięć. Setki, może tysiące znaków biegły przez kamień w nierównych odstępach. Między kreskami widniały urwane słowa, pojedyncze zdania, daty, których nikt już nie pamiętał, i imiona tak stare, że nawet kamień uznał je za zbędne.
Na samym końcu, niżej niż wszystkie poprzednie znaki, wyryto większe litery. Głębokie, brutalne, prowadzone ręką tak drżącą albo tak wściekłą, że miejscami skała popękała wokół nich.
"Jeśli tu dotarłeś i to czytasz, odejdź.
Nie bądź takim głupcem jak my. Nie oddawaj temu miejscu ani chwili więcej, a tym bardziej całego życia.
Nie ma objawienia. Nie ma tajemniczego głosu. Nie ma nagrody za wyrzeczenie.
Jest tylko cisza.
A cisza nie odpowiada nie dlatego, że ukrywa prawdę. Nie odpowiada, bo niczego nam nie obiecała.
Próbowałem modlitwy. Próbowałem milczenia. Próbowałem wyrzec się siebie tak dokładnie, że ledwie pamiętam, kto rozpoczął tę próbę.
Jeżeli Ostatnie Imię tu jest, to albo szydzi z nas wszystkich, albo czeka na kogoś mniej pustego.
Ja odchodzę.
- ten, którego nazywano Wielkim Mistrzem"
Niżej, niemal przy samej krawędzi kamienia, widniał jeszcze jeden dopisek. Litery były płytsze i dziwnie lekkie, jakby ręka, która je ryła, bardziej się bawiła, niż złościła.
"Oddać imię. Oddać siebie. Oddać życie.
A na końcu jeszcze oddać rozczarowanie ścianie.
Fascynujące.
Naprawdę pełen rytuał.
- F."
Człowiek długo patrzył na dopisek.
A potem się roześmiał.
Nie był to zdrowy śmiech. Nie było w nim ulgi ani radości. Był suchy i pusty, jakby śmiał się nie z żartu, lecz z własnej głupoty. Dotknął kamienia, jakby chciał zetrzeć wyryte słowa, ale ręka opadła mu bez siły.
- Zmarnowałem tylko czas - wychrypiał.
I odszedł.
Nie oglądał się za siebie. Nie zatrzymał się nawet wtedy, gdy przekraczał próg komnaty, w której spędził większą część swojego istnienia. Był zbyt zmęczony, by czuć już gniew, i zbyt rozbity, by czuć rozpacz. Zostało w nim tylko to jedno, stare zniecierpliwienie, które ostatecznie okazało się silniejsze niż wiara.
A Ostatnie Imię było tuż obok.
Nie ukryło się przed nim. Nie musiało.
To on, w ostatniej chwili, przestał być kimś, kto mógł je rozpoznać.
Gdy echo kroków człowieka ucichło, świątynia pogrążyła się w jeszcze większym bezruchu. Drobiny kurzu opadały leniwie przez blade światło wyrytych na ścianie liter.
Ostatnie Imię trwało dalej, milczące jak zawsze.
Wtedy zza filaru odezwał się głos.
- Szczerze? Myślałem, że wytrzyma dłużej.
Brzmiał lekko, jakby komentował nie klęskę trwającą miliony lat, lecz niezbyt udany eksperyment.
Za miejscem, w którym trwało Ostatnie Imię, stał młodzieniec, którego nie powinno tam być. Wysoki, szczupły, z twarzą zbyt młodą jak na spojrzenie, które nosił. Miał na sobie podróżny płaszcz przykurzony od długiej drogi albo od miejsc, gdzie droga istniała tylko umownie. W jego włosach, pośród chłodnej jasności świątyni, błyskało niesforne zielone pasemko.
Przez chwilę patrzył na ścianę. Na słowa Wielkiego Mistrza i na własny dopisek pod spodem.
- Nadal tu jest - mruknął. - Miło wiedzieć, że chociaż kamień ma trochę szacunku do ironii.
Przesunął palcami po chropowatej skale i parsknął cicho. Potem odwrócił głowę ku temu, czego nie dało się wskazać, choć cała komnata zdawała się przez to odrobinę cięższa.
Przez moment milczał. Nie z szacunku. Raczej dlatego, że chciał przyjrzeć się bez pośpiechu rzeczy rzadkiej, starej i prawdopodobnie niebezpiecznej.
- Tyle pustki - powiedział w końcu. - Tyle wyrzeczeń, modlitw i świątobliwego gnicia. A oni naprawdę myśleli, że pustka coś uniesie.
Podszedł bliżej.
Wszystkie wyryte w kamieniu imiona przygasły odrobinę, jakby rozpoznały coś, czym nigdy nie były.
Frost wyciągnął rękę. Nie gwałtownie. Nie zachłannie. Bardziej jak ktoś, kto chce sprawdzić, czy legenda ma temperaturę, ciężar i opór.
Jego dłoń zatrzymała się tuż przed niewidzialną obecnością Imienia, a w komnacie zrobiło się wyraźnie chłodniej. Pył na posadzce drgnął i przesunął się cienką falą między pęknięciami kamienia.
Frost przyjrzał się temu uważnie. Na jego twarzy przemknęło coś między rozbawieniem a ostrożnością.
- No proszę - powiedział ciszej. - A więc jednak istniejesz. I jesteś dokładnie tak złym pomysłem, jak podejrzewałem.
Jeszcze przez chwilę trzymał dłoń wyciągniętą, jakby naprawdę rozważał, czy nie zakończyć tej historii właśnie tutaj, jednym ruchem, którego nikt poza nim nie byłby już w stanie cofnąć.
Potem cofnął rękę.
- Nie - powiedział. - To byłoby zbyt łatwe. A wszystko, co obiecuje zbyt łatwy początek, zwykle kończy się cudzym końcem.
Odwrócił się ku wyjściu, lecz po kilku krokach zatrzymał się jeszcze raz.
- Kiedyś ktoś znowu tu przyjdzie - dodał. - Nie dlatego, że będzie gotów. Dlatego, że będzie przekonany, że jest.
Ruszył dalej.
Ostatnie Imię trwało za nim w ciszy.
Zostało odkryte.
Nie przez człowieka, który oddał wszystko, by je posiąść. Nie przez zakon, który z pustki uczynił cnotę. Przez kogoś, kto spojrzał, zrozumiał i odszedł.
Nie zostało wypowiedziane.
Nie zostało zabrane.
Nie zostało nawet nazwane odpowiedzią.
Przez krótką chwilę w jego nieruchomym istnieniu pojawiło się coś nowego. Nie radość. Nie gniew. Nie rozczarowanie. Takie rzeczy należały do istot, które miały czas, ciała i własne historie.
To było coś prostszego.
Zostało odnalezione.
I zaraz potem zignorowane.
Na końcu korytarza Frost minął zgarbionego starca.
Zatrzymał się, pogrzebał w płaszczu i wyciągnął kamień jarzący się bladym, żółtozielonym światłem. Przez moment obracał go w dłoni, jakby ważył coś znacznie cięższego niż minerał.
Potem rzucił go starcowi.
- Łap. To od początku należało bardziej do ciebie niż do tej drogi.
Po tych słowach rozpłynął się w rzeczywistości tak nagle, jakby nigdy go tam nie było.
Starzec spojrzał na kamień.
Na wyryte w nim imię, którego nie widział od milionów lat.
Amerun.
I wtedy zapłakał.